Przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego odbyło się w miłej atmosferze
Anna Wojciechowska
2010-02-06 08:49:36
,
Aktualizacja
2010-02-06 08:52:05
Nie ma nic dziwnego w tym, że jeden z graczy na rynku hazardowym - Totalizator Sportowy - pisze rządową ustawę o grach. To tak, jak ustawę o wojsku pisze się z wojskiem - przekonywał wczoraj były premier Jarosław Kaczyński, w którego gabinecie właśnie od takiego projektu ruszyły prace nad zmianą prawa hazardowego.
Tyle że o tym, iż na wideoloteriach, które Totalizator chciał wprowadzić do Polski, zarobić miała też prywatna firma G-Tech, prezes PiS - jak zeznał - dowiedział się dopiero w tym roku, już po wybuchu afery hazardowej. Ale też sam tłumaczył, że po prawników Totalizatora jego ekipa sięgnęła przy pisaniu ustawy, bo nie było w niej ludzi, którzy by się znali na bingo.
To wyjaśnienie wpisywało się w generalny przekaz, jaki chciał dać Kaczyński: moja partia - w odróżnieniu od ugrupowania Donalda Tuska - nie ma kontaktów z lobbystami i rekinami hazardowymi. Bo właśnie wcale nie proces legislacyjny, w jego czy obecnym rządzie, był wczoraj główną osią przesłuchania. W jego przerwie sam Jarosław Kaczyński przyznał, że przed komisją stawił się przede wszystkim z misją obrony byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego. A posłowie PiS mu w tym posłannictwie dzielnie pomagali, ograniczając swoje pytania do tych, które pozwolą prezesowi ich partii przedstawić jak najszerzej własną ocenę polityczną afery hazardowej.
Znamiennie zaczęła już Beata Kempa. - Panie prezesie, o Zbycha, Mira i Rysia nie będę pana pytać, bo to nie nasza ekipa, nie nasza afera - zaznaczyła posłanka Kempa na wstępie. O negatywnych bohaterach PO mówił za to jednak sam Jarosław Kaczyński. Choć główne ostrze politycznego ataku wymierzył naturalnie w premiera Donalda Tuska. - Lobbing może być radykalnie patologiczny, gdy politycy są od lobbystów uzależnieni tak, że nie mogą powiedzieć "nie". Tak było w przypadku rządu Donalda Tuska. Można mówić nie tylko o aferze tych panów, których nagrywano, ale także o aferze Donalda Tuska - oświadczył były premier. I tak, jak w czwartek Tusk przedstawił aferę hazardową jako pułapkę zastawioną na niego przez Kamińskiego, tak z kolei Kaczyński powtórzył opowieść Kamińskiego, że żadnej prowokacji nie było, a istotą sprawy jest przeciek do lobbystów o akcji CBA z kancelarii Tuska, który - jak stwierdził - w tej aferze znajduje się też w kręgu podejrzeń. Na tym jednak nie koniec. - Dziś tradycja demokratyczna jest niszczona. Stan praworządności jest bardzo zły - stawiał polityczne tezy prezes PiS. Dowód? Za niemieszczące się w granicach państwa prawa Kaczyński uznał zarzuty, jakie Kamiński dostał w rzeszowskiej prokuraturze ws. afery gruntowej, akurat po tym, jak powiadomił Tuska o lobbowaniu przez polityków PO na rzecz przedsiębiorców hazardowych.
Widzowie dowiedzieli się jeszcze podczas przesłuchania, że prezes PiS uległ pokusie gry w totolotka, nie gra natomiast w golfa, choć chciałby.
Także wczoraj gliwiccy prokuratorzy zadecydowali, że nie będzie śledztwa w sprawie wizyty przedstawiciela branży hazardowej w biurze ówczesnego posła AWS Mirosława Sekuły. Miało to miejsce 10 lat temu. Poseł był także wtedy szefem Komisji Finansów Publicznych, która koordynowała prace nad ustawą hazardową.
Jak poinformował rzecznik prokuratury Michał Szułczyński, śledczy uznali, że podczas spotkania żadna propozycja korupcyjna nie padła. - W zachowaniu posła i mężczyzny nie dopatrzyliśmy się znamion czynu zabronionego - powiedział Szułczyński.
Decyzja śledczych jest prawomocna.
strona: 1 z 1